Najlepszy serial na świecie

czyli

od kwietnia będzie lepiej

No pewnie, że będzie lepiej. Będzie można odetchnąć po tych wszystkich cudownych i jeszcze lepszych filmach, które ostatnio prezentuje nam kino, po najnowszych, wspaniałych serialach i ambitnej wiosennej ramówce (dowolnej stacji).

Bo dzień po Prima Aprilis rusza drugi sezon najbardziej epickiego serialu na świecie. Serialu, który jest niesamowity, mocny i genialny, a przy tym cudowny fabularnie i wizualnie. Co poniektórzy twierdzą, iż jest to produkcja, w której znajdziemy jedynie seks i przemoc, ale nie słuchajcie ich.

Kto nigdy nie widział „Gry o Tron”, nie zrozumie i nie warto mu tłumaczyć. To trzeba przeżyć.

God bless HBO!

Największa zbrodnia na świecie

czyli

moje biedne książki

Bodajże Chylińska kiedyś, gdzieś, u kogoś mówiła o książkach z biblioteki jak o facecie, który został już przez wszystkie zmacany i dlatego ona nie lubi brać go do łóżka. Coś w tym jest. Pod warunkiem, że go przy okazji biły, upokarzały i kaleczyły.

Książki to dla mnie rzecz naprawdę święta i nie lubię patrzeć, jak ktoś robi im krzywdę. Książki w bibliotece są w jakiś sposób niesamowite; oprócz wydrukowanej historii zawierają historie wszystkich tych, którzy czytali je wcześniej, ślady ich obecności. Książki w antykwariacie bywają dwojakiego rodzaju: te nowe, które właściciel może od kogoś dostał i nie przeczytał, może były nietrafionym prezentem, może to te przejrzane raz i odstawione, a w końcu sprzedane; te stare, które ktoś gdzieś znalazł przypadkiem, które ktoś gdzieś wygrzebał, może na jakimś strychu czy w swoim starym pokoju, w którejś najbardziej nieużywanej szufladzie na dnie, te wypełnione wspomnieniami; dominuje rodzaj pierwszy, co jest smutne. Najciekawsza jest makulatura, kryje w sobie tak niewyobrażalne skarby! Książki pachnące z jakiegoś powodu alkoholem; zalane dziwnym specyfikiem; upstrzone chropowatymi plamami (plamy zawsze mają jakąś fakturę, choć wolę ich nie dotykać), z listkami, okruszkami, papierkami, z notatką, z wizytówką, z resztami niewiadomoczego. Cierpię, kiedy ktoś oddaje książki na przemiał, ale równocześnie zachwyca mnie ich… wielokulturowość.

To normalne, że one się niszczą, z każdymi rękami, które je dotykają, trochę bardziej. Ale nienormalne jest zniszczyć książkę celowo i z premedytacją.

Czasem robię notatki na marginesach. Delikatnie i ołówkiem. Za to często widuję Bardzo Ciekawe Rzeczy wypisane po chamsku. W tekście. Ostatnio nie znalazłam strony w książce, bo ktoś ją sobie wyrwał. Boru, jak mnie to wkurwia! Powinny być jakieś testy przed zapisaniem się do biblioteki. Nie twierdzę, że czytanie koniecznie musi być zajęciem dla elit (umysłowych), ale przydałoby się trochę kultury. Chociaż troszeczkę. Ociupinkę. Żeby się te książki po trzech Uprzejmych Czytelnikach nie rozpadły.

Vanitas vanitatum

czyli

 (tego nie) było.

Czasem napada mnie takie okropne uczucie, że wszystko, co istnieje, co napisano i wydrukowano, zamknąć można w jednym, góra dwóch pomysłach, że wszystko już było i że wszystko to marność. Inaczej – jak popełnił pan Ćwiek w lutowym felietonie NF – ilość pomysłów na świecie jest skończona. Brr.

A potem… potem staje się cud, nastaje pomysł (najpiękniejsza rzecz na świecie!) i wszystko inne traci sens. Śmiejesz się ze swoich wcześniejszych myśli, bo oto jest, świeży, młody pomysł, który pod palcami rozkwita jako cały nowy świat. I tylko czeka na ciebie, na to, co z nim zrobisz i jak go wykorzystasz.

Jesteśmy ludźmi. Ilość pomysłów nigdy nie będzie – nie może być! – wartością skończoną, inaczej nie nastąpiłby jakikolwiek rozwój. Uważam, że to wspaniałe.