Dziwka literatury

czyli

notka z cytatami, frazesami, dziwkami, Greyem i wyobrażaniem sobie

Na wszelki wypadek słówko o dziwce – jest ona figurą retoryczną, ponieważ nie wyobrażam sobie, bym miała nazwać tak jakąkolwiek kobietę, niezależnie od wykonywanego przez nią zawodu. A teraz, tadam, notka:

Przede wszystkim: oj Boru, Boru, jak ja rzadko piszę. Not my fault. (Tak, używam z powodzeniem Ponglisha, nie świadczy to bynajmniej o mym ograniczonym słownictwie. Raczej przeciwnie, ale rozbudowanego i kreatywnego słownictwa używać zwykłam w tekstach innych niż na blogu, bo na blogu, szanowni panowie, zwykłam jeździć na przedniej platformie tramwaju pisać jak mi wygodniej. Ponglish jest bardzo wygodny, proszę mi wierzyć, napisałam w Ponglishu fika. Non-czytable so far, dlatego nigdzie się go nie znajdzie – ot, przykład.) Piszę rzadko, bo jak mnie już najdzie refleksja, to albo zamyka się w notce zbyt krótkiej, albo jest na tyle odkrywcza, że inni opisali już wszystko lepiej (więc ja nie muszę, bo mi się nie chce), albo jest na tyle niedojrzała, a ja mam tak mało życiowego doświadczenia, że nie mogę sprawić, by dojrzała, więc wstyd to komukolwiek pokazać.

Nie o tym chciałam, wszak miało być o dziwkach, olaboga! Nie mam nic przeciw samej instytucji prostytutki, naprawdę nie, wręcz przeciwnie, w myśl zasady „każdemu wolno jego porno”. Po głowie plączą mi się takoż różne ciekawe argumenty o roli edukacji i legalizacji… ale może wrócę do tematu.

Miało być o dziwkach literatury. W tytule jest dziwka, a potem jest jeszcze, mój Thorze!, Gray. I już wszystko jasne jak słońce, jeszcze tylko cytat…

(…) Sami się do mnie zgłosili z propozycją opublikowania moich grafomańskich zabaw w formie książki. (…) Zaczęło się od radosnej grafomanii w cyberprzestrzeni (…) Rozumiem zastrzeżenia – przeczytałam swoją książkę, gdy ukazała się drukiem, i momentami kuliłam się z zażenowania.  (…)*

…tylko że nie. Otóż wyobrażam sobie, że dziwce płacimy nasze cienszko zarobione piniondze po to, żeby nas zadowoliła. Wyobrażam sobie również, że deal jest prosty: kasa za przyjemność i to (teoretycznie) jak najlepszej jakości. (Walory edukacyjne, ekhem, khem.) No więc absolutnie zabraniam jakimkolwiek hejterom nazywać panią Mitchell (vel E L James vel ELJ) lub 50 shades of Grey (50 twarzy Greya) dziwką lub pochodnymi, bo to się nie godzi. Raz, że faktycznie nie godzi się nazywać tą inwektywą nikogo (znam ciekawsze, naprawdę, a ta jest w dodatku bezzasadna, qed), a dwa, że, no cóż, przyjemność jak najwyższej jakości. Absolutnie mi wszystko jedno, jakie pobudki kierują twórcami literatury (lub niekoniecznie literatury), która funduje mi wordgasm. Absolutnie mi wszystko jedno, naprawdę. Póki mi dobrze, to mogą być naprawdę podłe pobudki, takie jak „brakuje mi na dziwki, więc napiszę powieść”. (Nie żeby było to opłacalne, te powieści.)

Rzekłam i tu leży koniec analogii z dziwkami, a jest jeszcze jedna kwestia, która zawierać będzie frazesy dla odmiany. I która jest trochę ważniejsza.

Tu jest pies pogrzebany. Dosłownie. W powyższym wycinku z wywiadu, który przypadkiem przeczytałam.  Ustalmy fakty: pani ELJ przyznaje się, że jej tfurczość nie ma żadnej wartości, jako i ona nie ma warsztatu, a wszystko, co wychodzi spod jej klawiatury – to grafomaństwo i to z założenia non-czytable. Jasne, okej, co prawda zasada mówi, że nie każdy pisać musi, nie każdy powinien, a niektórzy są lepsi w szydełkowaniu, nawet jeśli nie wiedzą, jak szydełko wygląda, ale jestem w stanie zaakceptować, że niektórzy lubią tworzyć bullshit. I nic mi do tego, pewnie. (Są tacy, którzy lubią rzeźbić w fekaliach. Każdemu jego porno.) Na ff.net jest tyle różnego śmiecia, że jeden Grey więcej przeszedłby bez echa. Co kto lubi, prawdaż.

Natomiast absolutnie nie jestem w stanie zaakceptować i z całą siłą swej małej, nieodrosłej a pyskatej duszyczki będę gardzić zaprezentowaną postawą. Ustalmy fakty: pani ELJ przyznaje, że tworzy bullshit i jak ktokolwiek może to czytać. Natomiast zupełnie nie przeszkadza to pani ELJ wydawać nieobrobionej, żenującej w treści (to cytat!) pożal się Thorze powieści o wartości, którą się mierzy w stopniach ujemnych. Jakiejkolwiek wartości, technicznej, merytorycznej, na litość borską!, toż nawet porno jest lepsze, kreatywniejsze i nie tak copypasta w fanfikach! (Serio. Czytałam tę książkę. Mummy porn? Nie, raczej copypasta porn.)

Pani ELJ w pełni świadomie i z satysfakcją zanieczyszcza bullshitem literaturę. Ona (literatura, nie ELJ) dużo bullshitu zniosła, ale po co z uśmiechem na twarzy dokładać jej szufelkę gówienka? Dla mnie – a jestem na tym punkcie egzaltacyjnie przewrażliwiona – to niemal bluźnierstwo, a już na pewno coś godnego najwyższej pogardy. Ustalmy fakty: pani ELJ w dupie ma jakikolwiek dorobek jakiejkolwiek literatury, w dupie ma wszystkich pisarzy, w dupie ma jakąkolwiek ich pracę, w dupie ma WSZYSTKO, co się z LITERATURĄ wiąże, od pisarzy (jestem grafomanką, hahaha) przez szacunek do czytelnika (hihihi, lubicie czytać gówno, hihi) aż po zwykłą ludzką przyzwoitość (a jakoś mi tak samo wyszło, przecież – i tu cytacik – „pisałam to dla zabawy*”). Ja wiem, że jakoś tak głupio jest odrzucić propozycję wydawniczą, no nie. Ale to jakoś w moich oczach nie tłumaczy niczego.

To po prostu obrzydliwe.

___

*cytaciki: wywiad z Eriką Mitchell przeprowadziła Zuzanna O’Brien,  „Twój Styl”, luty 2013, nr 2 (271), s. 92 – 95

Postscriptum. Jest inny Gray (przez A, tak Amerykańsko, choć brytyjski jest przecież na wskroś) i jest to Gray wspaniały. Bardziej rozpustny i zepsuty, a do tego zachwycający i fundujący orgazm czytany. Na imię mu Dorian.

Postpostscriptum. Pisząc o kasie na dziwki, nie miałam pojęcia. Dzięki, I.!

Reklamy