Zapach

czyli

o Czasopismach i czasopismach

Nie uwłaczając żadnym fanom, zwolennikom tej czy innej gazety, ja, prosta nastoletnia dusza, chcę przedstawić subiektywnie to, co wymyśliłam do tej pory.

Nie wiem, jak ktokolwiek inny, ale ja się naprawdę przejęłam tym, że SFFiH umarło. To znaczy, umrze w maju. Dla mnie jest to wiadomość bardzo smutna. Cholera, to jakby  zakochać się, a potem zobaczyć wybranka/ę, jak rozjeżdża ją/go tir na skrzyżowaniu. Robi się trochę łyso, prawdaż…

Są* dwie – NF i SFFiH. Nie przypominam sobie, żeby było coś jeszcze. (Wiem, że są jeszcze portale, że było „SF&F” [niedawno zdechnięte…], jeszcze fanziny, cuda-wianki, dzikie węże.)

NF znam dużo dłużej, lepiej, i wiem, że to nie jest to, co mnie naprawdę kręci. NF jest kolorowe, śliskie i błyszczące, nie da się pisać po kartkach, notować uwag na marginesach…  NF śmierdzi i nie myślę o żadnej metaforze. NF śmierdzi – trochę farbą, trochę folią, w której ją dostaję, trochę dziwacznym papierem, na którym wychodzi. Okej, NF ma dobre zaplecze publicystyczne (no, zazwyczaj), ma bardzo dobrą część z recenzjami, ma felietony Petera Wattsa (<3 ; najbardziej treściwy i wartościowy fragment całego czasopisma…) i… tyle. Ot, czasopismo fantastyczne, trochę zmanierowane, trochę przegadane, miejscami nudnawe, z tekstami, w których mało sensu, a dużo wydziwiania, nad którym wszyscy się rozwodzą, wszyscy się z nim cackają i gładzą po główce. (Tak to odbieram, żadnym redaktorom do biurek nie zaglądam.)

SFFiH pachnie pięknie. Wystarczy otworzyć pierwszą stronę i czuje się nagle ten cudowny, znajomy zapach książek, kartek, papieru. Zapach czegoś prawdziwego, bliskiego. W SFFiH wszystkiego można dotknąć, można obejrzeć, można dopisać, podkreślić, pozrzędzić na marginesach. Można zachwycić się ilustracjami pana Dominika Brońka, można zobaczyć autorów, można uśmiechnąć się na widok debiutantów. Można wreszcie połknąć w całości felietony, można pokreślić i pobazgrać felieton Pilipiuka (nie lubimy go, nie) i zachwycić się tym, co napisał pan Grzędowicz.

SFFiH było. Tak prosto i zwyczajnie, było zawsze pod ręką, zawsze coś mądrego miało do powiedzenia i zawsze odnosiłam wrażenie, że robią to ludzie, którzy naprawdę mają fantastykę w sercu i w piórach, którzy chcą, którym zależy.

NF jest obecna, bo to brzmi mądrzej i ważniej. NF błyszczy, WYGLĄDA, jest trochę jak gwazda-celebrytka, wydziwia, wybrzydza. Z NF zawsze było tak, że istnieli Wielce Szanowni Twórcy i jakaś tam reszta świata.

SFFiH mówiło: „Masz fajny tekst, to go nam wyślij”, a NF wyliczało zasady, mówiło, czego nie chce, potem dawało do zrozumienia, że właściwie, to nigdy nie dorównasz Wielce Szanownym, a na końcu, ŁASKAWIE stwierdzało, że „jak już musisz, to masz tu forum, jakoś przebolejemy, że wkleisz tam tekst”.

Nie hejtuję tutaj nikogo ani niczego, ale powiem tak: wolę czytać SFFiH i bardzo żałuję, że to nie NF umarło. Bo „Science Fiction…” pachnie ludźmi i książkami, a „Nowa Fantastyka” tylko farbą.

Reklamy

Największa zbrodnia na świecie

czyli

moje biedne książki

Bodajże Chylińska kiedyś, gdzieś, u kogoś mówiła o książkach z biblioteki jak o facecie, który został już przez wszystkie zmacany i dlatego ona nie lubi brać go do łóżka. Coś w tym jest. Pod warunkiem, że go przy okazji biły, upokarzały i kaleczyły.

Książki to dla mnie rzecz naprawdę święta i nie lubię patrzeć, jak ktoś robi im krzywdę. Książki w bibliotece są w jakiś sposób niesamowite; oprócz wydrukowanej historii zawierają historie wszystkich tych, którzy czytali je wcześniej, ślady ich obecności. Książki w antykwariacie bywają dwojakiego rodzaju: te nowe, które właściciel może od kogoś dostał i nie przeczytał, może były nietrafionym prezentem, może to te przejrzane raz i odstawione, a w końcu sprzedane; te stare, które ktoś gdzieś znalazł przypadkiem, które ktoś gdzieś wygrzebał, może na jakimś strychu czy w swoim starym pokoju, w którejś najbardziej nieużywanej szufladzie na dnie, te wypełnione wspomnieniami; dominuje rodzaj pierwszy, co jest smutne. Najciekawsza jest makulatura, kryje w sobie tak niewyobrażalne skarby! Książki pachnące z jakiegoś powodu alkoholem; zalane dziwnym specyfikiem; upstrzone chropowatymi plamami (plamy zawsze mają jakąś fakturę, choć wolę ich nie dotykać), z listkami, okruszkami, papierkami, z notatką, z wizytówką, z resztami niewiadomoczego. Cierpię, kiedy ktoś oddaje książki na przemiał, ale równocześnie zachwyca mnie ich… wielokulturowość.

To normalne, że one się niszczą, z każdymi rękami, które je dotykają, trochę bardziej. Ale nienormalne jest zniszczyć książkę celowo i z premedytacją.

Czasem robię notatki na marginesach. Delikatnie i ołówkiem. Za to często widuję Bardzo Ciekawe Rzeczy wypisane po chamsku. W tekście. Ostatnio nie znalazłam strony w książce, bo ktoś ją sobie wyrwał. Boru, jak mnie to wkurwia! Powinny być jakieś testy przed zapisaniem się do biblioteki. Nie twierdzę, że czytanie koniecznie musi być zajęciem dla elit (umysłowych), ale przydałoby się trochę kultury. Chociaż troszeczkę. Ociupinkę. Żeby się te książki po trzech Uprzejmych Czytelnikach nie rozpadły.

Vanitas vanitatum

czyli

 (tego nie) było.

Czasem napada mnie takie okropne uczucie, że wszystko, co istnieje, co napisano i wydrukowano, zamknąć można w jednym, góra dwóch pomysłach, że wszystko już było i że wszystko to marność. Inaczej – jak popełnił pan Ćwiek w lutowym felietonie NF – ilość pomysłów na świecie jest skończona. Brr.

A potem… potem staje się cud, nastaje pomysł (najpiękniejsza rzecz na świecie!) i wszystko inne traci sens. Śmiejesz się ze swoich wcześniejszych myśli, bo oto jest, świeży, młody pomysł, który pod palcami rozkwita jako cały nowy świat. I tylko czeka na ciebie, na to, co z nim zrobisz i jak go wykorzystasz.

Jesteśmy ludźmi. Ilość pomysłów nigdy nie będzie – nie może być! – wartością skończoną, inaczej nie nastąpiłby jakikolwiek rozwój. Uważam, że to wspaniałe.